Piszczek: Cierpliwość jest niezbędna

24.03.2017

Podczas zgrupowania reprezentacji w Warszawie Łukasz Piszczek udzielił wywiadu dla polsatsport.pl. W rozmowie z Romanem Kołtoniem opowiadał m.in o tym jak odzyskiwał radość z gry w piłkę.


Roman Kołtoń: Zaraz po meczu w Bukareszcie - przeciwko Rumunii - postawiłem tezę, że to był Twój najlepszy mecz w reprezentacji. Miałeś w sobie energię, pokazywałeś się raz po raz w ofensywie, ale i pewnie grałeś w defensywie. Po prostu wszystko się układało!

 

Łukasz Piszczek: - Cały tydzień przed meczem z Rumunią czułem moc. Każdego dnia chciałem się jak najlepiej przygotować. Gromadziłem energię i później w Bukareszcie czułem się naprawdę dobrze. Wygrałem większość pojedynków  na pewno był to jeden z moich najlepszych meczów w reprezentacji Polski. Jednak to nie jest tak, że człowiek żyje tym tygodniami, czy miesiącami. Tak się składa, że od listopada do marca nie grała drużyna narodowa. Więc wy dziennikarze, wracacie do tego, co się stało w Bukareszcie. I siłą rzeczy – po takim pytaniu – ja również wracam. Jednak tak naprawdę każdy mecz dość szybko zostawia się za sobą. Nie sposób inaczej żyć. Mecz goni mecz...

 

Miałem okazję ostatnio oglądać jeszcze raz spotkania reprezentacji Polski w finałach EURO 2016. I rzuciło mi się w oczy, że w fazie pucharowej - w ostatniej akcji - atakującym był Łukasz Piszczek.

 

Tak było...

 

Ma się świadomość, że to ostatnia minuta? 

 

- Staram się to kontrolować. Człowiek zerka choćby na zegary na telebimach – raczej zdajemy sobie sprawę, która jest minuta...

 

I stąd te wycieczki w roli atakującego? Czy może budzi się w Tobie instynkt snajpera – w końcu jako młody zawodnik grałeś tylko w ataku, a nie na obronie.

 

- W takich sytuacjach, jak ze Szwajcarią i z Portugalią, rzeczywiście chciałem zaatakować. Czułem, że zbliża się sama końcówka. Że nie grozi nam kontratak rywali, więc warto zaryzykować...

 

Ze Szwajcarią za Tobą wrócił czujnie napastnik rywali, Haris Seferović i przeszkodził skutecznie, atakując z pełną determinacją. A naprawdę blisko było, abyś doszedł do podania Grzegorza Krychowiaka – byłaby sytuacja sam na sam z bramkarzem Helwetów, Yannem Sommerem...

 

- Niewiele zabrakło – to fakt...

 

Z kolei z Portugalią oddałeś strzał na wiwat! Chciałeś grzmotnąć pod poprzeczkę, ale piłka poleciała wysoko nad poprzeczką...

 

- Mam wrażenie, że trochę się pospieszyłem, bo mogłem zagrać jeszcze do prawej strony – do Kuby Błaszczykowskiego...

 

Budzi się instynkt snajpera w takich momentach?

 

Cóż, nie zapominam, że w juniorach byłem naprawdę bramkostrzelnym napastnikiem. Teraz za często nie mam okazji pod bramką rywali. Praktycznie tylko przy stałych fragmentach gry, gdy człowiek wędruje w pole karne przeciwnika. W tych sytuacjach ze Szwajcarią i Portugalią nie było jakiejś specjalnej kalkulacji. Gdzieś tam w głowie zaświtała myśl, że może wykończę akcję – że to jedna z ostatnich szans, jak nie ostatnia i stąd takie, a nie inne zachowanie.

 

Mam wrażenie, że dłużej przeżywałeś w życiu tylko jeden mecz  finał Champions League na Wembley, przegrany pechowo przez Borussię Dortmund z Bayernem Monachium. Przegrany 1:2, po golu w końcówce...

 

Trudno po takim meczu szybko wyrzucić to z głowy, co człowiek przeżywał na Wembley. Szczególnie, że miałem świadomość, iż finał Ligi Mistrzów to człowiek gra może raz w życiu... Zaraz po spotkaniu udałem się zresztą na operację biodra...

 

Jesteś w rewelacyjnej formie – z Rumunią zagrałeś mecz numer 53, ale liczę, że jeszcze nie raz będziesz należał do najlepszych na placu z Białym Orłem. A przecież miałeś dwie ciężkie kontuzje – dwie operacje biodra...

 

Ta druga była naprawdę poważna. I nie było mi łatwo wrócić na odpowiedni poziom. Tak naprawdę trwało to półtora roku, aż znowu zacząłem rozgrywać spotkania na zbliżonym poziomie, jak przed kontuzją. To wszystko poprzedzone było ciężką pracą. A praca wiązała się nie tylko z rehabilitacją, czy później szukaniem formy. Wiązała się również z innymi sprawami. Prześladowały mnie problemy nie tylko zdrowotne – nie potrafiłem odnaleźć w sobie radość z gry w piłkę nożną...

 

Aż tak? Zawsze postrzegam Cię, jako pozytywnego człowieka...

 

- Jasne, staram się być pozytywny, ale... Gdy człowiek nie gra na miarę oczekiwań – przede wszystkim oczekiwań samego siebie – to naprawdę nie jest łatwo. To wtedy zacząłem pracować z Kamilem Wódką. Pracujemy zresztą aż do dziś. Chodzi o pielęgnowanie sfery mentalnej, co jest niesłychanie ważne w świecie piłki nożnej – w świecie sportu. Psycholog sportowy pozwolił mi odnaleźć znowu tę radość, która towarzyszyła mi wcześniej. Pozwolił wpłynąć na odpowiednie podejście do zawodu, do konkretnego meczu, czy konkretnej sytuacji. Każdy człowiek ma prawo do słabszych momentów. Jednak pytanie, jak sobie z tym radzić, nie jest już takie proste... To było dla mnie wielkie wyzwanie!

 

Zdecydowałeś się na współpracę z psychologiem sportowym, choć wcześniej miałeś już za sobą wspaniałą karierę. Dziesiątki meczów w reprezentacji, w europejskich pucharach. Finał Ligi Mistrzów, dwa mistrzostwa Niemiec, mistrzostwo Polski, Puchar Niemiec, udziały w wielkich turniejach...

 

- Tak, miałem to doświadczenie, ale zarazem wyparowała radość z gry. Pracowałem, starałem się, a nie było efektów. To niesamowicie trudne. To dlatego nie bałem się pomocy ze strony Kamila Wódki. Zresztą takich kwestii nie załatwi się za jednym podejściem. Potrzebna jest systematyka – efekty nie przychodzą od razu, trzeba być w tym cierpliwy i konsekwentny. Jak jesteś młody, to jesteś niecierpliwy. Jak jesteś młody, to oczekujesz, że ta mentalność zbuduje się sama - tu i teraz. Z jednej strony to rozumiem, bo gdy byłem młody, też tak myślałem... Teraz jednak wiem, że tak to po prostu nie działa. Tu nie ma miejsca na fajerwerki – liczy się tylko regularna, konsekwentna praca.

 

Czytałem, że druga operacja i czas po niej nauczyły Cię cierpliwości.

 

Cierpliwość jest niezbędna. Po pierwsze trzeba wrócić do odpowiedniej formy fizycznej. Nie jest o to łatwo. Takie zabiegi, jakie przeszedłem, zawsze zostawiają ślad w organizmie. Tego nie sposób pominąć, tego nie sposób oszukać. Można oszukiwać samego siebie, ale ślad zawsze zostaje. Później przychodzi kwestia mentalna. Człowiek chce – już, teraz, a tu się nie da. Kiedyś wychodziło na boisku wszystko, a tu nagle wychodzi dużo mniej. I właśnie wtedy trzeba to wszystko poukładać w głowie...

 

Co decyduje o sukcesie w piłce – mentalność?

 

- Sama mentalność na pewno nie, ale... Mentalność jest niesłychanie istotna. Na początku człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo. Młodość powoduje, że wychodzi się na boisko i gra. Wszystko przychodzi jakby automatycznie. Z czasem człowiek coraz więcej się zastanawia nad pewnymi kwestiami.

 

Przychodzi presja?

 

Czy nazwałbym to presją? Może... Z tym, że w moim przypadku najważniejsza była presja, jaką sam sobie stwarzałem. I właśnie z tą własną presją nie mogłem sobie poradzić. I dlatego wszystko trzeba dokładnie zdiagnozować. Poszukać spokoju w wyznaczaniu sobie celów tu i teraz. Ważna jest koncentracja w danym momencie, a nie wybieganie myślami w obszary, które na pewno nie pomogą w określonej sytuacji.

 

polsatsport.pl

News

Piszczek: Cierpliwość jest niezbędna

24.03.2017

Podczas zgrupowania reprezentacji w Warszawie Łukasz Piszczek udzielił wywiadu dla polsatsport.pl. W rozmowie z Romanem Kołtoniem opowiadał m.in o tym jak odzyskiwał radość z gry w piłkę.

czytaj więcej »

Zgrupowanie reprezentacji

21.03.2017

Rozpoczęło się zgrupowanie reprezentacji Polski przed meczem eliminacji do Mistrzostw Świata w Rosji, w którym Polacy zagrają w Podgoricy z kadrą Czarnogóry. 

czytaj więcej »

Trudna przeprawa w Dortmundzie

19.03.2017

W ramach spotkania 25. kolejki Bundesligi do Dortmundu przyjechała ekipa FC Ingolstadt. Faworyzowana Borussia po niezwykle trudnym pojedynku zwyciężyła 1:0 (1:0).

czytaj więcej »

DFB Pokal: Awans BVB!

15.03.2017

Borussia Dortmund zgodnie z planem pokonała w zaległym meczu Sportfreunde Lotte 3:0 (0:0) i awansowała do grona półfinaistów Pucharu Niemiec. Cały mecz rozgrał Łukasz Piszczek.

czytaj więcej »