Piszczek: Groziło mi pół roku pauzy

30.10.2017

Łukasz Piszczek w najnowszej rozmowie dla "Przeglądu Sportowego" opowiada o kuluarach swojej kontuzji. - Po awansie nie myślałem o MŚ, a o kontuzji - wyznaje reprezentant Polski.

 

W meczu z Czarnogórą Łukasz Piszczek naderwał więzadło poboczne w kolanie. Gdyby nie konsultacja w Berlinie, mógł trafić pod skalpel i pauzować nawet pół roku. Do treningów ma wrócić w połowie grudnia, na boisko na początku 2018 roku. Dziś zaczyna pracę w Dortmundzie. Ostatnie dni oczyszczał głowę w Polsce. Na Śląsku rozmawialiśmy o kontuzji, strachu przed operacją, powrocie i...Górniku Zabrze.

 

Tomasz Włodarczyk: Ma pan pretensje do Wojciecha Szczęsnego?
Łukasz Piszczek: Nie, zdarza się. Oglądałem później tę sytuację. Na wypadek złożyło się kilka błędów. Goniłem swojego rywala. Byłem na nim skupiony. Z kolei Wojtek źle obliczył, gdzie może spaść piłka. Dodatkowo zrobił tzw. pajacyka. Na szczęście wpadłem w niego, gdy już spadał na murawę. Nie wpakował mi się w nogę całym ciężarem ciała. Później napisał sms-a, że też ponownie widział tę akcję i jest mu przykro. Niepotrzebnie. Absolutnie nie mam do niego pretensji.

 

Od razu wiedział pan, że jest źle?
Łukasz Piszczek: Tak. Miałem wrażenie, jakby wszystko dookoła działo się w zwolnionym tempie. Kolano napięło się z jednej strony. Zrozumiałem, że coś jest nie tak. Szczęście w nieszczęściu, że nie zderzyliśmy się z Wojtkiem pół sekundy wcześniej. Mogło skończyć się poważniejszym urazem. A tak noga dostała trochę luzu, nastąpił przeprost, dlatego więzadło jedynie zostało naderwane, a nie zerwane.

 

Poczuł pan strach?
Łukasz Piszczek: Doktor kadry dość szybko wykluczył najgorsze – uraz przedniego i tylnego więzadła. Przy naderwaniu pobocznego wystarczy leczenie zachowawcze. Skupiałem się na tej informacji. Starałem się myśleć pozytywnie.

 

Po awansie był pan najsmutniejszą osobą w szatni.
Łukasz Piszczek: Wiadomo, martwiłem się. Inni się cieszyli, ja niekoniecznie myślałem w tamtym momencie o mundialu. Wiedziałem, co czeka mnie w najbliższym czasie. Bałem się dokładnej diagnozy.

 

Poznał ją pan dzień po meczu.
Łukasz Piszczek: Nie do końca. W Dortmundzie przeszedłem badania, gdzie wykluczono większe uszkodzenie. Minął dzień, dostałem wyniki i...po różnych konsultacjach pojawiła się obawa, że jednak będzie potrzebna operacja.

 

Dlaczego się nie odbyła?
Łukasz Piszczek: Pojechałem do Berlina na konsultację z profesorem, który operował moje lewe biodro. Jest specjalistą również od kolan. Wiedziałem, że jemu mogę zaufać.

 

Skąd taka rozbieżność zdań?
Łukasz Piszczek: Wrócę do początku. Lekarze zbadali kolano i stwierdzili, że nie ucieka ono za mocno na bok. Ze zdjęć, które zostały zrobione wynikało natomiast, że może być potrzebna operacja. Ci którzy widzieli tylko rezonans skłaniali się ku zabiegowi. Mam tzw. nogi piłkarza, jak to się mówi na beczce prostowane. Stąd eksperci brali pod uwagę, że to rodzi dodatkowe zagrożenie ze względu na sposób biegania, większy nacisk na więzadła poboczne. Poprosiłem o dodatkową ocenę. Stąd wizyta w Berlinie. Wspomniany profesor operuje kolana, a tacy specjaliści często skłaniają się ku zabiegowi bez względu na stopień kontuzji. Na szczęście wykluczył taką konieczność. Zdecydowaliśmy, że będziemy się leczyć zachowawczo. Ta informacja ostatecznie mnie uspokoiła.

 

Operacja oznaczałaby zagrożony mundial?
Łukasz Piszczek: Wolę mówić o tym, co jest. Leczenie zachowawcze to trzy miesiące przerwy. W przypadku operacji są różne metody. Jedna mówi, że po czterech miesiącach można wrócić na boisko. Druga, że powinno się zrobić przeszczep ścięgna i wtedy leczenie trwa nawet pół roku. Cieszę się, że nie musiałem wybierać między tymi opcjami.

 

Szefowie BVB byli wściekli.
Łukasz Piszczek: Nie rozmawiałem z nimi na ten temat. Jedynie z trenerem. Cóż, zdarza się. Podchodzę do tego tak, że mnie kontuzja dopadła na reprezentacji, a Marcina Kamińskiego tydzień później w klubie. Nigdy nie ma dobrego czasu na uraz. Dla każdego zawodnika to ciężki okres. Klub oczywiście denerwuje się, że stracił piłkarza na zgrupowaniu kadry, ale koniec końców nie ma to znaczenia. Akceptuję to, co się stało.

 

Czas spędzał pan w Polsce.
Łukasz Piszczek: Bo na razie niewiele mogłem robić. Noga wsadzona w ortezę i w zasadzie tyle. Przez pierwsze dwa tygodnie nie mogłem w ogóle jej obciążać. Odpoczywałem, od czasu do czasu zabiegi, dlatego mogłem pozwolić sobie na przyjazd do Polski. Tym bardziej, że córka miała ferie w szkole. Dzięki temu odciąłem się, zresetowałem głowę, nie myślałem o piłce. W Polsce mam inne zajęcia niż w Dortmundzie. Mogłem spotkać się z rodziną i znajomymi. Czas płynie szybciej.

 

Jaki jest następny krok?
Łukasz Piszczek: Już zacząłem obciążać nogę: kąt zginania od 30 do 60 stopni. W poniedziałek wracam do Dortmundu, gdzie będę miał zwiększony zakres do 90 stopni. Na razie nacisk na stopę to 20-30 kg. W tym lub przyszłym tygodniu zwiększymy go do 50-60 kg. Idzie powoli. Przez wspomniany na początku przeprost miałem odprysk na błonie otaczającej chrząstkę, dlatego tym bardziej trzeba uważać. Wraz ze zwiększonym obciążeniem zacznę ćwiczenia na wzmacnianie mięśni. Przez unieruchomienie nogi tkanka mięśniowa bardzo szybko spada – już widzę po swoim udzie – ale to nieuniknione.

 

Kiedy pan wróci?
Łukasz Piszczek: Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem w połowie grudnia powinienem trenować z drużyną. Potem będziemy mieli krótki obóz przygotowawczy. Mam nadzieję, że tam będę mógł pracować na sto procent. 13 stycznia gramy z Vfl Wolfsburg. Nie wiem, czy będę brany pod uwagę już na ten mecz.

 

Miał pan gorsze kontuzje w przeszłości. Po operacji biodra długo nie mógł dojść do formy.
Łukasz Piszczek: Mam swoje doświadczenia. Wyciągnąłem wnioski. Od dłuższego czasu pracuję z psychologiem sportowym Kamilem Wódką. Mamy pomysł, jak działać, żeby powrót na boisko odbył się płynnie nie tylko pod względem fizycznym.

 

Jak to?
Łukasz Piszczek: Gdy miałem problemy z biodrem, wytwarzałem na sobie zbyt dużą presję. Chciałem wrócić jak najszybciej. Dużo o tym myślałem. Odbijało się to negatywnie na mojej postawie. Po pierwsze, teraz jestem mądrzejszy. Po drugie, Kamil dokładnie wie, jakich bodźców potrzebuję.

 

Chce pan oszukać głowę?
Łukasz Piszczek: Trochę tak. Pominąć czas, w którym wychodzisz z kontuzji nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Żeby zniwelować obawę, że coś niedobrego może się stać po powrocie na boisko. Okej, był uraz. Ale teraz wszystko jest na swoim miejscu, będzie dobrze. Są różne techniki, wizualizacje, żeby sobie pomóc.

 

Pracuje pan teraz nad tym?
Łukasz Piszczek: Nie, w najbliższych tygodniach, gdy zacznę mocniej obciążać nogę.

 

Miał pan doła od razu po kontuzji?
Łukasz Piszczek: Nie, to tak nie działa. Jestem już na tyle świadomym i dojrzałym człowiekiem, że zdaję sobie sprawę, w jakiej sytuacji się znajduję. Oczywiście, sama rozmowa jest oczyszczająca, ale nie ląduję u Kamila na kozetce i żalę mu się, że jest mi źle. To bardziej trening umysłu niż spowiedź, że coś dzieje się nie tak.

 

Spotykamy się na Śląsku. Była okazja pójść na mecz Górnika.
Łukasz Piszczek: Akurat przyleciałem do Polski w zeszły piątek. Górnik grał z Koroną. Bartek Spałek (fizjoterapeuta zabrzan i reprezentacji Polski) załatwił bilety więc z chęcią poszedłem. Górnik wyglądał super w pierwszej połowie. Starał się wygrać drugą piłkę i z tego udało się stwarzać sytuacje. W drugiej Korona wyciągnęła wnioski. Siedziałem na trybunach z Damianem Baronem, moim kolegą z czasów gry w juniorach Gwarka, trenerem mojego LKS Goczałkowice. Jeszcze w pierwszej połowie, przy prowadzeniu 3:1, powiedziałem mu, że Górnik będzie miał problem, jeśli rywal zorientuje się, że trzeba rozciągnąć obrońców. Niestety tak się stało. Mecz bardzo ciekawy. A jak byłem w Lidze+Extra to mówili, że poziom polskiej piłki to dramat (śmiech).

 

Bo był pan w programie tuż przed zgrupowaniem kadry. Po tragicznie nudnej kolejce.
Łukasz Piszczek: Ale następna była zdecydowanie lepsza. W każdej lidze są takie wahania. Wiadomo, lubimy sobie trochę ponarzekać, ale ja staram się odnosić do polskiej ligi z szacunkiem.

 

Trenerski nos jest. No to jaki jest ten Górnik?
Łukasz Piszczek: Z tego co widziałem, starał się grać wąsko w obronie, zachować małe odległości między zawodnikami, co pozwala neutralizować ataki rywali. W ofensywie rozegranie od tyłu i dłuższe podanie, na połowie przeciwnika zbieranie drugich piłek i z tego kreowanie okazji podbramkowych. Fajnie się to oglądało. To generalny obraz Górnika. Nie chcę wchodzić w kompetencje trenera Brosza. Nie jestem w szatni. Nie wiem, jak pracuje, jaki ma plan. Tabela pokazuje, że robi dobrą robotę.

 

Od małego kibicował pan Górnikowi?
Łukasz Piszczek: Tak, taka tradycja w domu. Tata kibicował, ja siłą rzeczy też. Potem przeprowadziłem się z Goczałkowic do Zabrza. Jeszcze bardziej zacząłem się interesować klubem. Generalnie kibicowało się śląskim drużynom gdy przyjeżdżała do nas np. Legia. Jednak do Górnika pałało się największą sympatią.

 

Kiedy był pan na meczu pierwszy raz?
Łukasz Piszczek: Gdy trenowałem w Gwarku. W Górniku grał jeszcze Adaś Kompała, którego swoją drogą spotkałem na stadionie. Pierwszy mecz? Nie przypomnę sobie.

 

Znów zrobiła się wielka moda na Górnika.
Łukasz Piszczek: Zainteresowanie jest ogromne. Widać, że klub odżył. Nawet gdyby był niżej w tabeli, nie miałoby to wpływu na frekwencję. Śląskie środowisko jest bardzo podobne do Zagłębia Ruhry. Duże przywiązanie do regionu. Liczy się tradycja, duma, przywiązanie do drużyny – niekoniecznie aktualne wyniki i piłkarze. Nigdy nie wstydziłem się tego, że czuję się Ślązakiem. Jestem Polakiem, ale identyfikuję się ze środowiskiem, lokalne więzi są dla mnie ważne. Podoba mi się, jak budowany jest obecny Górnik. Skoro w zespole są piłkarze z regionu, kibice w naturalny sposób utożsamiają się z zespołem. Trener też jest stąd. Stawia na młodych. Fajnie, że taka formuła się sprawdza. Górnik pokazuje, że można w ten sposób odnosić sukcesy choć oprócz chęci muszą być umiejętności. Ci chłopcy je mają. Przyjemnie się na nich patrzy.

 

Przy Roosvelta są wychowankowie Gwarka.
Łukasz Piszczek: Szymon Żurkowski i Marcin Urynowicz. Jeszcze dwa czy trzy lata temu graliśmy przeciwko sobie w tradycyjnym zimowym meczu, w którym mierzy się obecna ekipa Gwarka przeciwko chłopakom z mojego rocznika. Marcin potrafił wsadzić taką bramkę, że głowa bolała, obojętnie z jakiej pozycji. Pewnie inaczej wyobrażał sobie przejście do seniorów. Napastnik ma trudno, bez względu na wiek jest rozliczany z bramek. Niechętnie stawia się na młodych snajperów. To problem. Nie ma goli, trener nie czeka, szuka innego rozwiązania. W dodatku Marcin ma silną konkurencję. Musi być cierpliwy. Nie brakuje mu umiejętności.

 

Za to bardzo dobrze radzi sobie Żurkowski. Macie jedną podobną cechę – świetne przygotowanie fizyczne, wybieganie.
Łukasz Piszczek: On chyba jest jeszcze mocniejszy ode mnie. Z tego co mówią przebiega ponad 14 km w meczu. To jego atut. Gdy oprócz czysto piłkarskich umiejętności dochodzi szybkie i mądre przesuwanie, wytrzymałość przez 90 minut, trener na niego stawia. Taki piłkarz to skarb. Oby jego talent się rozwijał. Ma potencjał. Powinniśmy mieć z niego duży pożytek.

 

Kto wie, czy nie spotkacie się w reprezentacji?
Łukasz Piszczek: Spokojnie. Niech skupi się na robocie. Wierzę, że nie zajmuje się spekulacjami, tylko ciężko pracuje.

 

W Górniku się nie spotkacie.
Łukasz Piszczek: Różne rzeczy zdarzają się w życiu, ale nie planuję. Mam kontrakt z Borussią do 2019 roku. Chcę go wypełnić. Tam zamierzam zakończyć karierę.

 

PRZEGLĄD SPORTOWY

News

Piszczek: Groziło mi pół roku pauzy

30.10.2017

Łukasz Piszczek w najnowszej rozmowie dla "Przeglądu Sportowego" opowiada o kuluarach swojej kontuzji. - Po awansie nie myślałem o MŚ, a o kontuzji - wyznaje reprezentant Polski.

czytaj więcej »

Awans na mundial!

09.10.2017

To był piękny wieczór. Awans na mundial stał się faktem! Polacy pokonali na PGE Narodowym w Warszawie Czarnogórę 4:2 (2:0) i wygrali grupę E z dorobkiem 25 punktów. 

czytaj więcej »

Pogrom w Erywaniu!

06.10.2017

Pewnie i wysoko Polska reprezentacja rozprawiła się w Erywaniu z Armenią 6:1 (3:1). Ważne zwycięstwo niestety jeszcze nie zapewniło nam awansu na mundial. Kluczowy mecz w niedzielę z Czarnogórą.

czytaj więcej »

El. MŚ: Ostatnia prosta

05.10.2017

Reprezentacji Polski pozostają dwa ostatnie i kluczowe spotkania w drodze na rosyjski Mundial. Pierwszy z nich w czwartek w Erywaniu. Na trudnym terenie podejmiemy Armenię.

czytaj więcej »